Silna. Skuteczna. Nie niezniszczalna. Dominika Szefler-Kalbarczyk o cenie sukcesu i odwadze do zdejmowania zbroi
Przez ponad dwadzieścia lat zarządza ludźmi w twardej, logistycznej branży, podejmując decyzje, od których zależą inni. Na spotkaniach biznesowych z międzynarodowymi korporacjami bywała jedyną kobietą przy stole. Przez cały ten czas Dominika Maria Szefler-Kalbarczyk, prezes TSL INTERMODAL i właścicielka Kliniki Zdrowia Psychicznego i Leczenia Uzależnień „Odwróceni”, mierzyła się z ciężką depresją i zaburzeniami lękowymi. Dziś głośno rozbija mit przedsiębiorcy z żelaza i mówi wprost: proszenie o pomoc to najwyższy dowód siły, a nie słabość.
Przez wiele lat była przekonana, że właścicielka firmy nie ma prawa do słabości. Skoro odpowiada za ludzi, podejmuje trudne decyzje i wszyscy oczekują od niej rozwiązania problemów, musi być silna niezależnie od tego, co dzieje się w środku. Ten sposób myślenia przez długi czas wydawał jej się czymś oczywistym. Dzisiaj uważa go za jedną z najbardziej niebezpiecznych pułapek, w jakie może wpaść przedsiębiorca.
„Przez wiele lat byłam przekonana, że właścicielka firmy nie ma prawa do słabości. Skoro odpowiadam za ludzi, podejmuję trudne decyzje i wszyscy oczekują ode mnie rozwiązania problemów, muszę być silna niezależnie od tego, co dzieje się w środku. Dzisiaj wiem, że to jedna z najbardziej niebezpiecznych pułapek, w jakie może wpaść przedsiębiorca.”
Dominika Maria Szefler-Kalbarczyk zaczynała biznes bardzo młodo. Przez ponad dwadzieścia lat związana jest z branżą transportową i logistyczną, prowadzi TSL INTERMODAL, zarządza ludźmi i współpracuje z dużymi międzynarodowymi firmami. Jednocześnie niemal od początku swojej drogi zawodowej mierzyła się z depresją i zaburzeniami lękowymi.
Na depresję zachorowała właściwie w tym samym czasie, kiedy otwierała firmę. Przez około pół roku praktycznie nie wychodziła z domu. Bywały dni, kiedy nie miała siły wstać z łóżka. Później, kiedy leczenie zaczęło przynosić efekty, wróciła do pracy. Biznes się rozwijał, pojawiali się klienci, kolejne decyzje i kolejne obowiązki. Choroba jednak nie zniknęła. Nauczyła się za to bardzo dobrze funkcjonować na zewnątrz. Mogła przyjść do firmy, prowadzić spotkania, rozmawiać z pracownikami, podejmować decyzje i rozwiązywać problemy, podczas gdy wewnątrz przeżywała ogromny lęk. Z perspektywy czasu uważa, że wiele osób wokół niej mogło w ogóle nie wiedzieć, z czym się zmaga.
To doświadczenie zmieniło jej spojrzenie na zdrowie psychiczne. Przede wszystkim nauczyło ją, że depresji nie zawsze widać. Człowiek może być zadbany, uśmiechnięty, aktywny zawodowo i odnosić sukcesy, a chwilę później, za zamkniętymi drzwiami własnego domu, zupełnie się rozsypać.
„Człowiek może być zadbany, uśmiechnięty, aktywny zawodowo i odnosić sukcesy, a chwilę później, za zamkniętymi drzwiami własnego domu, zupełnie się rozsypać. Przez lata sama nosiłam taką zbroję.”
Kiedy „dam radę” zaczyna kosztować zbyt wiele
Dzisiaj potrafi wcześniej zauważyć sygnały ostrzegawcze. Gorszy sen, ciągłe zmęczenie, utrata radości z rzeczy, które wcześniej ją cieszyły, poczucie przeciążenia czy fizyczne objawy stresu. Kiedyś traktowała je raczej jak przeszkody, które trzeba pokonać. Jeszcze trochę wytrzymać, jeszcze kilka spraw załatwić, jeszcze jeden projekt zakończyć. Dziś wie, że właśnie takie myślenie może prowadzić bardzo daleko od siebie.
Bo osoby przyzwyczajone do odpowiedzialności często najdłużej ignorują własne granice. Są nauczone, że ktoś na nie czeka, że trzeba rozwiązać problem, odebrać telefon, podpisać dokument, podjąć decyzję. Łatwo wtedy uwierzyć, że odpoczynek jest luksusem, a proszenie o pomoc czymś, na co można sobie pozwolić dopiero wtedy, kiedy sytuacja stanie się naprawdę poważna. Ona sama przez dziesięć lat regularnie korzystała z terapii. Dziś również wraca do niej wtedy, kiedy czuje, że tego potrzebuje. Nie traktuje tego jako dowodu słabości, lecz jako element dbania o siebie.
„Pomoc nie jest nagrodą za wystarczająco duże cierpienie. Nie trzeba czekać, aż człowiek przestanie mieć siłę wstać z łóżka, żeby mieć prawo powiedzieć, że potrzebuje wsparcia.”
Kto pomaga właścicielowi?
W firmie problemy zwykle płyną w jednym kierunku. Pracownik zgłasza je przełożonemu, przełożony zarządowi, zarząd właścicielowi. Na końcu tej drogi jest osoba, od której oczekuje się rozwiązania. Rzadko ktoś zatrzymuje się i pyta właściciela, jak on sam radzi sobie z ciężarem odpowiedzialności. Pani Dominika przez lata doświadczała tego na własnej skórze. Dziś właśnie dlatego dużą wagę przykłada do tego, jak traktuje ludzi, którzy z nią pracują. Nie chce budować autorytetu na strachu ani na przekonaniu, że szef zawsze musi mieć rację i znać odpowiedź. Ważna jest dla niej empatia, ale nie taka, która oznacza rezygnację z wymagań. Firma nadal musi działać, ludzie nadal mają swoje obowiązki, a pracodawca odpowiada za wyniki. Można jednak wymagać i jednocześnie dostrzegać człowieka stojącego za stanowiskiem.
„Kiedy pracownik mówi: ‘nie daję już rady’, nie słyszę w tym informacji o słabym pracowniku. Słyszę człowieka, który być może bardzo długo próbował dawać radę.”
Jej własne doświadczenia sprawiły też, że jest szczególnie wyczulona na zmiany w zachowaniu innych. Wycofanie, napięcie, nagła zmiana sposobu funkcjonowania. Czasem zamiast czekać, aż ktoś sam poprosi o pomoc, po prostu pyta, czy wszystko jest w porządku. Zdarzało jej się również osobiście zawieźć pracownika do specjalisty.
„Nie uważam, że rolą pracodawcy jest diagnozowanie ludzi. Uważam natomiast, że rolą człowieka jest zauważenie drugiego człowieka.”
Kobieta w męskim świecie
Do branży transportowej weszła w czasach, kiedy była ona jeszcze zdecydowanie bardziej męskim światem niż dziś. Na spotkaniach biznesowych często była jedną z niewielu kobiet, a czasami jedyną. Zdarzało się, że najpierw dostrzegano w niej młodą kobietę, a dopiero później partnera biznesowego. Nie chciała jednak budować swojej pozycji na płci. Wolała udowadniać kompetencje decyzjami i odpowiedzialnością. Przez lata współpracy z dużymi międzynarodowymi korporacjami nauczyła się, że wiarygodność powstaje powoli. Buduje się ją decyzja po decyzji, kryzys po kryzysie, dotrzymanym słowem. Dlatego nie myślała o sobie jako o „kobiecie w męskiej branży”. Myślała o sobie przede wszystkim jako o przedsiębiorcy, który musi znać się na swojej pracy. Być może właśnie ta konsekwencja pozwoliła jej przejść przez kolejne etapy biznesowej drogi. Ale z czasem zaczęła rozumieć, że sukces zawodowy nie rozwiązuje wszystkich problemów. Czasami tylko pozwala lepiej je ukryć.
Z własnego kryzysu do miejsca dla innych
Jednym z efektów jej osobistej historii stało się stworzenie piCentrum Terapii „Odwróceni”, które współtworzy z Michałem Koterskim. Ich doświadczenia są różne, ale łączy je wiedza o tym, jak wygląda życie po drugiej stronie kryzysu. Michał Koterski wniósł doświadczenie uzależnienia i drogi do trzeźwości, ona - własną historię depresji, zaburzeń lękowych, ataków paniki i wieloletniej terapii. Od początku chcieli stworzyć miejsce, w którym człowiek nie będzie sprowadzany do diagnozy. Takie, w którym nie trzeba wstydzić się choroby ani udawać silniejszego, niż się jest. Jednocześnie oboje wiedzieli, że osobiste doświadczenie nie wystarczy. Dlatego „Odwróceni” powstali w oparciu o współpracę z lekarzami, psychologami i terapeutami oraz wiedzę wykorzystywaną również poza Polską.
Dla Pani Dominiki równie ważne jak profesjonalne leczenie jest jednak to, jak pacjent czuje się w takim miejscu. W kryzysie nadal pozostaje człowiekiem. Nadal potrzebuje bliskości, poczucia bezpieczeństwa, godności, zwykłej rozmowy i nadziei. W tym sensie „Odwróceni” są czymś więcej niż kolejnym przedsięwzięciem biznesowym. Są próbą zamienienia trudnych doświadczeń w coś, co może pomóc komuś innemu. To właśnie dlatego własna choroba nie jest dla niej dzisiaj wyłącznie historią cierpienia. Stała się również źródłem większej uważności na drugiego człowieka.
Pieniądze nie dają kontroli nad wszystkim
Jedno z najważniejszych doświadczeń, które zmieniły jej sposób myślenia o sukcesie, przyszło wiele lat temu. Do jej firmy zgłosił się 19-letni chłopak. Bardzo chciał pracować. Był inteligentny, znał języki i miał przed sobą całe życie. Początkowo nie planowała go zatrudniać, ale jego determinacja sprawiła, że dała mu szansę. Po około dwóch tygodniach zauważyła, że kuleje i boli go kolano. Badania przyniosły diagnozę nowotworu. Rozpoczęły się dwa lata walki o jego zdrowie. Dominika szukała lekarzy, możliwości leczenia i kolejnych rozwiązań. Miała pieniądze, kontakty i dostęp do specjalistów. Była przy nim podczas operacji i w trudnych momentach leczenia. Młody człowiek stał się jej bardzo bliski. Z czasem zaczęła traktować go niemal jak własnego syna. Mimo wszystkich starań zmarł. To doświadczenie brutalnie pokazało jej granice pieniędzy. Owszem, pieniądze dają bezpieczeństwo, możliwości i dostęp do rzeczy, które dla innych mogą być nieosiągalne. Nie dają jednak kontroli nad życiem.
„Miałam pieniądze, kontakty i dostęp do specjalistów. Mogłam wykonać wszystkie możliwe telefony i wykorzystać wszystkie dostępne możliwości. A mimo to nie mogłam kontrolować tego, co się wydarzyło. Ta historia pokazała mi granice pieniędzy i zupełnie inaczej kazała spojrzeć na sukces.”
Najtrudniejsza lekcja: dzieci nie mogą czekać
Dzisiaj jej dzieci mają 14 i 16 lat. I właśnie macierzyństwo stało się jednym z najważniejszych punktów odniesienia, kiedy zaczęła na nowo układać swoje priorytety. Przez lata, jak wiele osób prowadzących firmy, była przekonana, że jeszcze zdąży. Jeszcze skończy projekt. Jeszcze odbierze telefon. Jeszcze załatwi ważną sprawę. Potem będzie czas dla rodziny. Tyle że „potem” bardzo szybko zamienia się w lata. Szczególnie mocno uświadomiły jej to doświadczenia związane z „Odwróconymi”. Widząc młodych ludzi zmagających się z uzależnieniami i kryzysami, a także ich rodziców, zaczęła patrzeć na własne macierzyństwo inaczej. Zrozumiała, że w życiu istnieją rzeczy, które można odłożyć, i takie, których nie można odzyskać. Firma może poczekać. Telefon może poczekać. Mail można przeczytać później. Spotkanie można przełożyć. Pieniądze można jeszcze zarobić. Biznesową szansę można zastąpić kolejną. Dzieciństwa własnego dziecka nie da się jednak odzyskać. Dlatego dziś sukces nie jest dla niej wyłącznie kwestią wyników, pieniędzy czy kolejnych przedsięwzięć. Nadal jest ambitna i nadal chce się rozwijać. Nie przestała być przedsiębiorczynią. Zmieniło się natomiast to, jaką cenę jest gotowa zapłacić za kolejne osiągnięcia. Nie chce kiedyś spojrzeć wstecz i odkryć, że zbudowała świetne firmy, osiągnęła finansowe bezpieczeństwo i odniosła sukces, ale zabrakło jej w najważniejszych momentach życia własnych dzieci.
Siła, która pozwala odpuścić
Jej historia nie jest więc opowieścią o tym, jak stać się niezniszczalną. Jest raczej historią o tym, jak zrezygnować z potrzeby bycia niezniszczalną. Przez lata wierzyła, że siła oznacza radzenie sobie ze wszystkim. Dzisiaj wie, że może oznaczać również przyznanie się do lęku, choroby czy zmęczenia. Może oznaczać terapię, odpoczynek i poproszenie kogoś o pomoc. Może oznaczać powiedzenie pracownikowi, dziecku albo samej sobie: teraz muszę się zatrzymać. Nie oznacza to rezygnacji z ambicji. Nadal chce prowadzić firmy, rozwijać je i podejmować kolejne wyzwania. Tyle że nie chce już budować życia wyłącznie wokół tego, co można osiągnąć. Bo człowiek nie jest firmą. Nie można mierzyć jego wartości wynikami, pieniędzmi ani liczbą problemów, które potrafi rozwiązać.
„Najważniejszą zmianą nie jest to, że nauczyłam się być silniejsza. Nauczyłam się, że nie zawsze muszę być silna.”
Dziś Dominika Szefler-Kalbarczyk wie, że przedsiębiorca również potrzebuje czasem miejsca, w którym nie musi być szefem. Kobieta nie musi przez cały czas udowadniać, że daje radę. Matka nie musi być idealna. A człowiek nie musi czekać na moment całkowitego załamania, żeby poprosić o pomoc.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.